Świat nie przedstawiony. Dokumenty polskiej transformacji po 1989 roku
Kurator Adam Mazur wybrał najważniejsze projekty znanych fotografów ukazujące polską transformację ustrojową po 1989 roku. Wystawa wpisuję się w obecną popularność dokumentu fotograficznego i nomen omen zachodniej tendencji do wystawiania w galeriach zdjęć, które wcześniej trafiały tylko do prasy. Tytuł wystawy nawiązuje do książki-manifestu polskiej “nowej fali” Juliusza Kornhausera i Adama Zagajewskiego, której głównymi ideami było zainteresowanie się rzeczywistością i swoim otoczeniem jako przeciwieństwo do skupienia się na swoim wnętrzu.
Tak szeroki temat musiał z oczywistych względów mocno ograniczony. Kurator zdecydował się zaprezentować raczej jak największą liczbą autorów, niż skupić się na kilku z nich. Na wystawę składają się 24 projekty fotograficzne. Wybór autorów wydaje się słuszny bo pokazuje dosyć zróżnicowane materiały. Z drugiej strony trzeba mieć świadomość, że przy takiej liczbie autorów są oni zaprezentowani bardzo pobieżnie. Zdjęcia są bardzo różne i mają niestety różny poziom. Na wystawę składają się zarówno zdjęcia cykle dokumentalne (Konrad Pustoła, Andrzej Kramarz i Weronika Łodzińska, Mark Power, Tomasz Wiech), zdjęcia reporterskie (Witold Krassowski, Tomasz Tomaszewski, Maciej Pisuk, Chris Niedenthal, Mariusz Forecki, Michał Szlaga) oraz luźniejsze tematycznie zdjęcia streetowe (Wojciech Wieteska, Anna Beata Bohdziewicz). Szczególnie kontrowersyjna wydaje mi się tak powierzchowne potraktowanie fotoreporterów, ponieważ z ich dorobku można by wyedytować kilka wystaw. Szczególnie zwraca na siebie uwagę kilka projektów:
Anna Beata Bohdziewicz – Futurum, Przemieniające się w Teraźniejszość i Przeszłość

Zaprezentowany na wystawie cykl zdjęć Anny Beaty Bohdziewicz to wybór zdjęć z jej projektu Fotodziennik, który w zabawny i bystry sposób komentują polską rzeczywistość. Zdjęcia przedstawiają zarówno najważniejsze wydarzenie polityczne, jak i tę prywatną stronę zmieniającej się rzeczywistości. Miły akcentem jest osobisty ton komentarzy, który nie ukrywa przemyśleń autorki, co nieczęsto zdarza się w fotografii dokumentalnej.
Podczas 30 lat pracy nad Fotodziennikiem autorka fotografowała tak wiele wydarzeń, że zaczęła odnosić wrażenie, że wszystkie są takie same. Dzisiejsze sytuacje wywołują u niej poczucie daje vu przeszłości. Zaprezentowane na wystawie zdjęcia, zgodnie z tytułem, zostały tak wybrane, by podkreślić to wrażenie. Widz może odnieść wrażenie, że wszystkie wydarzenia miały już swoje odpowiedniki w przeszłości i przyszłość nie może przynieść niczego nowego. Takie ujęcie transformacji ustrojowej sugeruje, że w rzeczywistości niewiele się zmieniło i życie społeczne wygląda podobnie za czasów obu ustrojów politycznych.

Mariusz Forecki – Blue Box
Zdjęcia Mariusza Foreckiego dotyczą nowych zjawisk społecznych, które przyszły do Polski po 1989 roku. Zdjęcia zostały zrobione na nieokreślonej imprezie plenerowej czy rodzaju festynu, który wygląda inaczej niż przez 1989 rokiem. Charakterystyczny efekt niebieskiego zabarwienia powstał
dzięki fotografowaniu na filmie do światła sztucznego, dlatego tylko pierwszy plan doświetlony żółtą lampą ma naturalne kolory. Nazwa Blue Box pochodzi ze slangu operatorów filmowych i oznacza technikę podmiany tła za aktorami. Taki tytuł jednoznacznie kojarzy się ze sztucznością i przestawieniem aktorów-Polaków na nowe, niepasujące do nich tło społeczne. Może również kojarzyć się z graniem swojej roli i chęcią bycia kimś innym – bardziej światowym. Mariusz Forecki w konwencji surrealistycznego reportażu pokazuje współczesną Polskę. Zachłyśniecie się wolnością, próba dorównania Zachodowi w przaśnych warunkach małego miasta daje raczej komiczny, szyderczy efekt.

Konrad Pustoła – U Adasia
Cykl zdjęć Konrada Pustoły w prześmiewczy sposób ukazuje polski prymitywny kapitalizm. Zdjęcia przedstawiają swojsko nazwaną firmę U Adasia w Legionowie, która zajmuje się właściwie wszystkim. Nachalna reklama i – jak może się wydawać na podstawie reklamy – nieskończone możliwości Adasia tworzą skojarzenie z bóstwem. Aby podkreślić te podobieństwo, autor nagrał przerobioną modlitwę Do Adasia. Zdjęcia są dosyć typowe, zrobione w amatorskiej konwencji, ale cała ekspozycja jest wyjątkowa, ponieważ z założenia jest komiczna i może zwrócić uwagę ludzi niezainteresowanych fotografią.

Andrzej Kramarz i Weronika Łodzińska – 1,62 m2 domu
Zdjęcia z projektu 1,62 m2 domu wpisują się w nurt dokumentalny, który można by określić o ludziach, ale bez ludzi na zdjęciach. Tytułowe 1,62 m2 to średnia ilość miejsca, która przypada na mieszkańca noclegowni dla bezdomnych w Nowej Hucie. Zdjęcia przedstawiają łóżka (domy) kilku mieszkańców, którzy nadali im bardziej osobisty klimat i przyozdobili je przytulankami, zdjęciami nagich kobiet czy kalendarzami. Każdemu domowi towarzyszy historia jego właściciela. Zdjęcia pokazują, jak wielką potrzebę domu ma człowiek i jak pragnie zaznaczyć swoją obecność w przestrzeni, by móc nazwać ją swoją. Andrzej Kramarz i Weronika Łodzińska podchodzą z ciekawością do każdego człowieka, próbując go zrozumieć, ale ogólnie nie mają dobrego zdania o mieszkańcach Miejskiej noclegowni dla mężczyzn. Można odnieść wrażenie, że bezdomni, których 1,62 m2 został pokazany na zdjęciach, są wyjątkiem.
Michał Szlaga – Stocznia

Z polskiej historii jest jedna najważniejsza stocznia – Stocznia Gdańska. Choć ma wielkie znacznie emocjonalne dla Polaków, to dziś jest nierentowna i powoli znika, jakby to nie robotnicy pokonali ustrój komunistyczny. Michał Szlaga dokumentuje te zmiany: zardzewiałe maszyny, pamiątki solidarności i ludzie, którzy związali swoje życie ze Stocznią. Choć zdjęcia pokazujące życie stoczniowców są bardzo ciekawe, to te, skupiające się tylko na warstwie wizualnej, mogę rozczarowywać.
Wystawa Świat nie przedstawiony to z pewnością ważne wydarzenie w polskiej fotografii. Jednak powierzchowne potraktowanie autorów i kontrowersyjny ich wybór budzą pewien niedosyt.
World Press Photo 2012
Konkurs World Press Photo to najważniejszy konkurs branżowy fotoreporterów. Jego zwycięzcom przynosi sławę, a ich zdjęcia są szeroko komentowane w wielu mediach. Z tego powodu wyniki konkursu co roku budzą wiele kontrowersji. Jury World Press Photo zarzucano już stronniczość, komercyjność, poprawność polityczną i wspieranie polityki zagranicznej Stanów Zjednoczonych. Jury nagradza zdjęcia biorąc pod uwagę nie tylko ich wartość, ale również doniosłość wydarzeń na nich pokazanych. Pomimo, że konkurs ma ambicje reprezentować fotoreporterów z całego świata, to wybór tematów jest przeprowadzany z bardzo zachodniej perspektyw.
Protesty w krajach arabskich
Najbardziej prestiżową kategorię Zdjęcia roku (World Press Photo of the Year 2011) zdobyła fotografia Samuela Arandy wykonana w Jemenie. Zdjęcie zostało zrobione w czasie demonstracji antyrządowych, ale nie widać na nim ludzi walczących z policją, tylko scenę rodzinną w meczecie, który pełni rolę szpitalu polowego. Fotografia przedstawia muzułmańską matkę w burce, z zasłoniętą twarzą, która przyciska do piersi swojego rannego syna. W uzasadnieniu decyzji jury możemy przeczytać, że na tym zdjęciu jak w soczewce skupia się cała Arabska Wiosna, a poza tym pokazuje ten straszny konflikt z ludzkiej, intymnej perspektywy. Ważny był również fakt, że przedstawia arabską kobietę, które w zachodnich mediach są rzadko reprezentowane.
To dobrze, że wygrało zdjęcie o protestach w krajach arabskich, ponieważ było to najważniejsze wydarzenie ubiegłego roku. Można mieć jedynie wątpliwości, czy zdjęcie Samuela Arandy to był najlepszy z materiałów dotyczących tego wydarzenia. Temat Arabskiej wiosny ludów poruszali także Rémi Ochlik ,Yuri Kozyrev, Alex Majoli, Eduardo Castaldo, Mohammed al-Law, Jan Dago. Wyróżniające się zdjęcia zostały zrobione przez Yurija Kozyreva i Rémiego Ochlika. Obydwa materiały pokazują konflikt w Libii w bardzo klasyczny, life’owski sposób, skupiając się na samych walkach. Można by ich krytykować, że ten sposób narracji został wymyślny prawie 50 lat temu i już został całkowicie wyeksploatowany, ale jednak zawsze się sprawdza się. Gdybym był członkiem jury, głosowałbym na któryś z bardziej klasycznych materiałów.
Tsunami w Japonii
Trzęsienie ziemi o sile 9 stopni w skali Richtera, które miało miejsce 11 marca 2011 roku i spowodowało niszczycielskie tsunami w Japonii to równie często pojawiający się temat w zwycięskich pracach. Trudno się temu dziwić co najmniej z dwóch powodów. Po pierwsze straty były naprawdę ogromne – zginęło min. 28 tys. ludzi i zostało zniszczonych 125 tys. budynków. Po drugie był to po prostu temat szalenie atrakcyjny wizualnie.
Za zdjęcia ze zniszczonej Japonii nagrody dostali: Lars Lindqvist, Paolo Pellegrin, David Guttenfelder, Koichiro Tezuka, Yasuyoshi Chiba i Denis Rouvre. Koichiro Tezuka zrobił lotnicze zdjęcia po bezpośrednim przejściu fali, David Guttenfelder skupił się na opowieści o ludziach, którzy ucierpieli z powodu katastrofy elektrowni jądrowej Fukushima I, Denis Rouvre zrobił zdjęcie kobiecie, która straciła dach nad głową w wypadku powodzi, natomiast Lars Lindqvist, Paolo Pellegrin, Yasuyoshi Chiba skupili się na wizualnej stronie zniszczeń.
Właśnie materiał Paolo Pellegrina – Tsunami Aftermatch wydaje się najciekawszy. Należy do coraz popularniejszego nurtu aftermatch, czyli zdjęć wykonanych po pewnym czasie od dramatycznych wydarzeń. Upływ czasu daje dystans i miejsce na refleksje, co zawsze wychodzi fotografii na dobre. To antynewsowe podejście wydaje się sprawdzać w wypadku zdjęć Pellegrina. Tsunami Aftermatch to projekt dokumentalny, który skupia się na skutkach i zniszczeniach wywołanych przez marcowe tsunami. Składa się na niego 12 panoramicznych, czarno-białych zdjęć. Widoki są z jednej strony piękne, z drugiej przerażające, a z drugiej surrealistyczne.
Inne
Trzeba zwrócić też uwagę na min. 2 inne materiały. Zdjęcia Niclasa Hammarströma z norweskiej wyspy Utøya pokazują ofiary oraz dramatyczne sceny z poszukiwania mordercy Andersa Breivika. W zdjęciach czuć ciężki klimat horroru ludzi uwięzionych na wyspie z psychopatycznym zabójcą. Tym razem jednak horror wydarzył się w prawdziwym świecie.
Ostatnim zdjęciem, na które chciałbym zwrócić uwagę jest fotografia z Korei Północnej Damira Sagolja. W wyjątkowo estetyczny sposób pokazuje sytuację tego zapomnianego przez świat i zastraszonego przez własny rząd narodu.
Dwie wystawy fotografii dokumentalnej w Warszawie: Maciej Pisuk i Agnieszka Rayss
W październiku mamy okazję zobaczyć w Warszawie dwie wystawy fotografii dokumentalnej znanych autorów. Choć więcej je dzieli niż łączy, postaram się je porównać i ocenić.
Praga. Moi Sąsiedzi
Wystawę Macieja Pisuka można zobaczyć w najbardziej szanowanej chyba galerii w Warszawie – Centrum Sztuki Współczesnej. Niestety autor dostał tylko jedną salę, a człowiek chętnie obejrzałby więcej takiej dobrej fotografii. Choć autor nie może mieć do tego miejsca zastrzeżeń, można by pomarzyć, by wystawa “oswajająca” Pragę trafiła do Konesera lub innej tamtejszej galerii. Jak w filmie “Rezerwat” Łukasza Palkowskiego. Na szczęście wystawa jest od niego lepsza. Warto dodać, że Maciej Pisuk uzgodnił ze wszystkimi bohaterami swoich zdjęć wykorzystanie ich wizerunku, aby mieli pewność, że chce ich pokazać prawdziwie, a nie zrobić z nich sensację z ich biedy.

Maciek Pisuk jest znany głównie jako scenarzysta filmowy (m.in. “Jesteś Bogiem” – film o Paktofonice), co dokładnie odpowiada jego wykształceniu w PWSFTviT). Mieszka i fotografuje na warszawskiej Starej Pradze, która stałą się dla niego domem. Wcześniejszy projekt “Prawy brzeg” również poruszał praski temat – ludzi mieszkających w prowizorycznych namiotach nad brzegiem Wisły.
Na wystawę składa się zbiór klasycznych odbitek oraz ściana pokryta małymi zdjęciami i świetnymi podpisami autora. Małe odbitki wymagają od widza zbliżenia się i przyjrzenia się im, by nie można było obok nich przejść szybko i obojętnie. Zabawne podpisy przybliżają publiczności bohaterów zdjęć i sytuacje, które się na nich rozrywają. Widać, że ręczne opisy zdjęć były wielokrotnie zmieniane – można zgadywać, ze były to poprawki, jakie autor wprowadził po wizycie w galerii bohaterów swoich zdjęć. Ten pomysł naprawdę się sprawdza w praktyce: oglądając zdjęcia człowiek się wielokrotnie uśmiechnie lub wzruszy.

Zdjęcia zawierające reporterskie kardy, jak i portrety są świetne. Widać od razu, że autor ma bardzo dobry kontakt ze swoimi bohaterami. Mieszka z nimi i ich rozumie, a nie jak inne “cioty z aparatami” (słowa bohaterów) przyjechał sfotografować tylko trochę egzotyki z gorszej strony Wisły. Ujęcia reporterskie są pełne dynamiki i opowiadają o codzienności tych ludzi. Portrety dobrze pokazują emocje i przeżycia mieszkańców Pragi. Widać na nich ślady ciężkiego życia, ale czasami również można dostrzec radość. Odpowiadając na znane przysłowie fotograficzne, Pisuk nie potrzebuje już być bliżej! Większe, tradycyjne odbitki są tylko trochę mniej interesujące. Skupiają się na portretowych ujęciach poszczególnych ludzi. Są mroczne, nieprzyjemne i trochę surrealistyczne – jak życie mieszkańców. Zdjęcia są również oryginalne, bo Pisuk nie kopiuje w oczywisty sposób żadnej konwencji.
Wystawa miała w zamyśle – co podkreśla kurator – pokazanie, że na Pradze żyją normalni ludzie. Niestety, moim zdaniem to się nie udało, bo widzów straszą poharatane twarze przestępców i pijaków, co raczej wzmacnia stereotyp wyklętej Pragi. Wierzę autorowi, że nie chciał pokazać sąsiadów w złym świetle, ale taki ich obraz kreuje ta wystawa. Optymistyczne założenie jest takie, że mu się nie udało. Jeśli jednak ukazani są wiernie, to okolice ul. Brzeskiej muszą być strasznym miejscem.
Podsumowując: porcja bardzo dobrej fotografii (chciało by się zobaczyć więcej) w ciekawej formie, choć przesłania, jakie nadał wystawie kurator, nie widać.

American Dream
Pod względem miejsca wystawy Agnieszka Rayss miała mniej szczęścia. Jej wystawa trafiła do Galerii Wysokich Napięć, która znajduje się na “korytarzu ze zdjęciami” (jak mówią studenci) Wyższej Szkoły Psychologii Społecznej na warszawskim Kamionku. Dla widzów pierwszym utrudnieniem jest znaleźć szkołę, a drugim – w szkole galerię.
Agnieszka Rayss ma dobre wykształcenie fotograficzne. Jest współzałożycielka Sputnik Photos, które zrzesza czołówkę młodych dokumentalistów z Europy Środkowej i Wschodniej. W swoich pracach interesuje się m.in. tematem szeroko pojętego show businessu i kultu ciała. Zrealizowała już eseje o podobnej tematyce: Cheering (o cheerleaderkach) i Slavic Chippendales. Tym razem zajęła się modą na konkursy piękności w Europie Środkowej.

Na wystawę składa się ok. 20 zdjęć zrobionych głównie w czasie konkursów piękności i za ich kulisami w Polsce oraz na Słowacji i Ukrainie. Te trzy kraje na zdjęciach Agnieszki wyglądają dokładnie tak samo. Pomysł kopiowania na środkowoeuropejski grunt tego amerykańskiego pomysłu we wszystkich wypadkach wydaje się tak samo chybiony. Jednak nie wszyscy tak myślą. Jak widać na zdjęciach, konkursy cieszą się popularnością. Wiele dziewczyn wierzy, że jest to dla nich szansa na lepsze życie. Niestety, zdjęcia pokazuję, że to tylko iluzja.
Pokazanie odstawionych dziewczynek i nastolatek w surowych miejscach, w których się przygotowują lub są ocenianie wyraźnie potęguje sztuczność tej sytuacji. Zdjęcia są bardzo dokładnie skomponowane, ale – zapewne zgodna z założeniem – ich dokumentalna, statyczna forma sprawia, że nie zapadają na długo w pamięć. Czasami autorka pozwala sobie na trochę więcej finezji robiąc np. zdjęcie lusterka, co pokazuje, że potrafi robić ciekawsze formalnie zdjęcia, niż te, które trafiły na wystawę.

Podobny temat zrealizował na początku lat 90. Wojciech Krassowski. Na jego zdjęciach te konkursy są przedstawione całkowicie negatywnie. Forma zdjęć jest wyjątkowo nieprzyjemna, wręcz odrzuca widza. Krassowski pokazuje konkursy jako makabryczne i bezsensowne przedstawienia dla mało wymagającej publiczności. Polegają one na wykorzystywaniu naiwności młodych kobiet dla uciechy tłumów i zarobku jury
Agnieszka Rayss ma bardziej obiektywne podejście do tego tematu. Skupia się na ludziach, którzy biorą udział w tym przedstawieniu. Niestety zachowanie neutralności odbija się na jakości zdjęć. Zdjęcia Agnieszki z pewnością poruszają ważny społecznie temat, ale niestety nie zwracają uwagi widza i nie oddziaływają na niego. Dzisiejsi ludzie, wychowani na próbującej ciągle zwrócić ich uwagę telewizji, właściwie przejdą obok tych zdjęć obojętnie.
Zdjęcia opowiadające o wszechobecnej konsumpcji i o tym, jak działa na człowieka wydawał mi się bardzo interesujący. Muszę niestety powiedzieć, że liczyłem na więcej.
———————-
Wszystkie zdjęcia zrobione na tej stronie zostały zrobione przez mnie. Zdjęcia, które na nich widać są oczywiście autorstwa Macieja Pisuka i Agnieszki Rayss.
Dwa oblicza dokumentu społecznego
- na przykładzie “A Journey Back” i “Podróżników” Toma Huntera i “Warsaw City Tennis Clubs” Macieja Stępińskiego
Pod koniec 2009 roku można było w Warszawie obejrzeć dwie wystawy dokumentu fotograficznego: inscenizowany projekt Toma Huntera i minimalistyczne krajobrazy miejskie Macieja Stępińskiego. Choć oba zestawy fotografii z pewnością należą do nurtu fotodokumentu, to w rzeczywistości więcej je dzieli niż łączy.
Dwa projekty Toma Huntera poruszają temat marginesu społecznego. Jego zdjęcia pokazują ludzi, którzy przynajmniej częściowo z własnej woli wybrali tryb życia sprzeczny z powszechnie obowiązującym. Cykl jest wyjątkowo ciekawy pod względem formalnym. Artysta przykłada wielka wagę do estetycznej strony swoich prac. Od strony estetycznej zdjęcia są reinterpretacją obrazów znanych malarzy (np. “Czytająca list” Vermeera, “Ofelia” Johna Everetta Millaisa). Wszystkie zdjęcia są dokładnie zaplanowane z dbałością o każdy szczegół, by jak najbardziej kojarzyły się z pierwotnymi działami.
Zdjęcia brytyjskiego fotografa to prace inscenizowane. Powstały w sposób, który nie kojarzy się z pracą reporterską, jednak dobrze ukazują przekaz artysty. Choć ustawianie zdjęć, które mają coś dokumentować, może wydawać się dziwnym pomysłem, to Tomowi Hunterowi wychodzi bardzo dobrze. Warstwa dokumentalna (tematyka społeczna) i formalna (wzorowanie się na mistrzach malarstwa) uzupełniają się w wyjątkowo ciekawy sposób. Być może jest to jeden z powodów popularności tego fotografa.
Natomiast Maciej Stępiński ma zupełnie inne podejście do dokumentu fotograficznego. Jego puste, pozbawione ludzi zdjęcia warszawskich kortów tenisowych, różnią się znacznie od barokowych kadrów Huntera. Ascetyczna wizja zniszczonych, opuszczonych miejsc doskonale się wiąże w treścią dokumentu – chęcią pokazania, jak niszczeją zapomniane przez ludzi miejsca. Symboliczne znaczenie ma również wybór techniki (formy sensu stricte) – cibachrome tak samo zanika w ludzkiej pamięci, jak te pamiątki stołecznego sportu.
Zestaw zdjęć rodzimego fotografa nie można zaszufladkować ani jako inscenizację, ani fotoreportaż. Z pewnością kardy są dokładnie komponowane i nie zawierają tyle emocji i dynamiki, co ujęcia reporterskie. Jednak w przypadku braku ludzi i elementów, które można przesuwać, nie można nazwać tego inscenizacją. Powstały bardziej jak ujęcia krajobrazowe – wyczekane, a nie ustawione.
Z pewnością na sposób podejścia obu fotografów do fotodokumentu, ma wpływ temat i sposób jego ujęcia. Gdy Hunter chce okazać szacunek bohaterom swoich zdjęć, ukazuje ich w stylu Vermeera, a jeżeli Maciej Stępiński pokazuje pustkę opuszczonych miejsc, decyduje się na minimalizm. Jednak patrząc z estetycznego punktu widzenia, nie można nie docenić znaczenia indywidualnej wizji artystycznej każdego z twórców dzieł sztuki.
Heroizm widzenia
Esej krytyczny “Heroizm widzenia” znajduje się w zbiorze “O fotografii” Susan Sontag. Porusza on problem przedstawiania świata i sposobu, w jaki na niego patrzymy, w czasie kształtowania się fotografii. W wizji autorki fotografia jest ściśle związana z duchem epoki i panującego aktualnie światopoglądu. Razem z innymi dziedzinami sztuki, pełni swoją funkcję w różny sposób w zależności o oczekiwań jego twórców i odbiorców.
Heroizmem widzenia nazywa autorka ambitny plan pierwszych fotografów, by pokazać na zdjęciach cały świat w nowy, oryginalny pomysł. Chcieli oni zmienić powszechne postrzeganie świata w taki sposób, by każdy jego element wydawał się ciekawy i piękny w swojej doskonałości. Mieli ambitny plan otworzenia oczu odbiorcom swoich zdjęć, a w efekcie poszerzenia i pogłębienia ich świadomości. Po prawie dwóch wiekach istnienia fotgrafii autorka rozlicza się z jej twórcami i ich założeniami. Tłumaczy, w jaki – jej zdaniem – sposób umiejscownienie fotografii w kulturze wpłynęło na nasze widzenie świata.
Przedstawianie świata za pomocą obrazu chemicznego zaczęło się na przełomie wieków XVIII/XIX. Traktowane było jako ewolucja malarstwa, konkurencyjne wobec niego medium wizualne. Początkowe rozterki twórców i analityków fotografii bywały bardzo proste. Przykładowo, początek XIX wieku zajmowały dyskusję o naturze zdjęć – czy przedstawiają one świat wiernie, czy też zgodnie z wizją autora. Choć w malarstwie odrzucono już zasadę mimesis (odwołanie autorki od Williama Turnera), to ciągle doszukiwano się jej w fotografii. Konflikt, nazwany przez autorkę, “przedstawianiem lub upiększaniem”, to nic innego niż obecny w kulturze od czasów antycznych konflikt Kultury z Naturą.
Jednym z kolejnych przełomów było odkrycie, że fotografia pozwala przedstawiać świat w inny sposób, niż tylko naturalistyczny, Bez wątpienia należy więc do sztuk pięknych, tak samo jak malarstwo. Od tego chyba stwierdzenia zaczęła się ciągła gra i kulturowe sprzężenie pomiędzy tymi dwoma sposobami obrazowania świata. Malarstwo uczył się od fotografii wierności i dokładności obrazowania (np. hiperrealizm), a fotografia wewnętrznej refleksji estetycznej autora . Obydwie dziedziny sztuki ciągle wzajemnie konkurowały, uciekając przed sobą i goniąc się.
Zdaniem autorki, jedną z ważniejszych cech fotografii jest umiejętność odkrywania piękna. Zdolność, która nie raz jej przeszkadza, powodując przecenianie formy zdjęcia. Przykładem mogą być ujęcia reportażowe, gdzie warstwa formalna powinna podlegać treści. Jednak się to nie dzieje, bo w obiektywie aparatu wszystko staje się zbyt atrakcyjne i ciekawe. Tak więc forma brzydoty, która miała podkreślać negatywny stosunek fotografa do tematu jego zdjęć, ma działanie wręcz przeciwne. Co miało być odrzucające, staje się przyciągające, jest więc “piękne w swojej brzydocie”. Wręcz przeciwnie od wizji autora, który zostaje zdradzony przez swoje tworzywo. Jak więc ma się zachowywać fotograf, pragnący pokazać biedę, brzydotę lub okrucieństwo świata? Zdaniem Roberta Franka, twórca musi wizualnie wstrząsnąć, zaskoczyć swojego odbiorcę.
Wychodząc ze stwierdzenia, że zdjęcie pokazuje tylko fragment rzeczywistości, autorka zwraca uwagę na wyjątkowe znacznie kontekstu zdjęcia. Może się zdarzyć, że w głównej mierze decyduje on o wydźwięku danego obrazu. Takie samo działanie ma podpis zdjęcia. Jeżeli jego brak, powoduje, że na zdjęcie patrzymy tylko pod względem estetycznym, to fotografia staje się bardzo elastycznym medium. Co stoi w otwartej sprzeczności wobec naszych oczekiwań dotyczących jej wątpliwej obiektywności.
Przedstawienie obrazowe nie pokazuje, nie objaśnia już świata. Tak naprawdę jest w stanie tylko potwierdzać tylko popularną jego wizję. Parafrazując autorkę, fotografia pokazuję, że “w Chinach są Chińczycy”. Nie przynosi nowych, odkrywczych treści, jak pragnęli tego ojcowie fotografii, tylko zgadza się z naszą wizją tematu zdjęcia.
Dziś, w naszej konsumpcyjnej kulturze, nastąpiła demokratyzacja pojęcia piękna. Okazało się, że to nie artysta, lecz tłum ma prawdziwy gust. O ile sztuka odeszła od poszukiwania piękna w Naturze, to popularny gust ciągle się tym żywi. Sam obraz stał się obiektem konsumpcji i nie ma już większych ambicji estetycznych. Choć popularne konony piękna żywią się tym, co stworzy kultura wysoka, nigdy nie ma to takiej siły oddziaływania, jaką życzyliby sobie jej twórcy.
Działalność fotografów rzeczywiście zmieniła nasze widzenie na świat, szczególnie w rozwiniętej cywilizacji europejskiej. Jednak nie w taki sposób, jakby tego sobie życzyli twórcy fotografii. Autorka przedstawia tezę, że dziś patrzymy na świat poprzez pryzmat zdjęcia, co rzeczywiście “otwiera oczy” i poszerza świadomość, ale równocześnie upraszcza i ujednolica jego wizję. Tak czy inaczej, pomimo tego, że fotografia odjęła tajemniczości niektórym aspektom naszej rzeczywistości, była w stanie zracjonalizować nasz stosunek do świata – obłaskawić go i zaakceptować takim, jakim jest.
Światłoczułe
- wystawa fotografii kolekcjonerskiej Muzeum Narodowym
Już od prawie miesiąca można oglądać wielką wystawę zdjęć w Muzeum Narodowym. Wielką – zarówno rozmiarem (ok. 1000 zdjęć), jak i znaczeniem, bo to świetna okazja, by zobaczyć rzadko pokazywane dzieła najlepszych fotografów.
Na wystawę składają się 952 najważniejsze zdjęcia z 70 000 zgromadzonych w Archiwum Ikonograficznym MNW. Zobaczyć można tu w zasadzie wszystko – różne techniki, różne nurty w sztuce i niezliczoną ilość tematów. Spróbujmy wymienić te najważniejsze elementy: na pewno błyszczące dagerotypy (niesamowicie wyglądające negatywowo-pozytywowe obrazy na srebrnej powierzchni), fotografię patriotyczno-krajoznawczą z XIX Olszewskiego i Fajansa, pierwsze fotomontaże Gustave’a le Gray’s lub zdjęcia będące świadkiem narodzin polskiej szkoły fotoreportażu. Nie zabraknie też zdjęć współczesnych polskich docenianych fotografików. Na uwagę zasługuje też na pewno fotografia podróżnicza Noacka, Wuerthle’a i Carlo Pontiego.
Choć zdjęcia nie są eksponowane chronologicznie, to mogą być przekrojową historią fotografii. Ukazują zarówno rozwój technologii obrazowania, jak i zmieniające się gusty epoki oraz wpływ ewolucji technologicznej na możliwość pokazywania w sztuce nowych tematów. Właśnie ta możliwość zobaczenia – nie tylko jako reprodukcji – zdjęć, które zmieniły oblicze fotografii jest największą wartością tej wystawy. Do tej pory nie można było poznać dziejów fotografii inaczej niż czytając opracowanie naukowe.
Bardzo ciekawe, nie tylko dla miłośników historii sztuki, mogą się okazać zdjęcia pełniące w XIX w. funkcje krajoznawczą. Obrazy Warszawy, Kazimierza lub Sandomierza sprzed 150 lat każą nam się zastanowić nad historią miasta i jego mieszkańców. Przecież życie zmieniło się przez ten czas diametralnie, a nasza przestrzeń życiowa? Większość miejsc można dziś bez problemu rozpoznać. Można także wyjść z rozważaniami przyszłość – jak będzie wyglądał nasz dom za 100 lat? Jaki ślad odciskają na mieście jego mieszkańcy?
Idąc na wystawę warto pamiętać, że niektóre zdjęcia to już tylko eksponaty muzealne i mają wartość chyba tylko historyczną. Choć na wystawie zobaczymy wiele perełek powstałych w przeciągu 170-letniej historii fotografii, to nie wszystkie prezentują identyczny poziom. Z pewnością portrety dawno nieżyjących już ludzi są ciekawe, jak ciekawe jest odkrywanie historii, ale nie każdy z nich jest majstersztykiem technicznym albo nowym ujęciem tematu.
Całym sercem mogę polecić tę wystawę wielu osobom: miłośnikom fotografii, znawcom historii sztuki lub po prostu ciekawskim, którzy chcą zobaczyć, jak wyglądało życie w ich mieście sto lat temu.